Anthony Hotbeats
Deafheaven – Lonely People with Power
Przyznaję, że kiedy Deafheaven stali się szeroko rozpoznawalni, o wiele bardziej niż „Sunbathera” ceniłem debiutanckie „Roads to Judah”. Kiedy na „New Bermuda” mocno kłaniali się w stronę black metalu, byłem absolutnie zachwycony. Dlatego tak rozczarowało ich szerokie otwarcie się w stronę brzmień shoegaze’owych i dream popowych na dwóch kolejnych płytach. Te rozmarzone gitarowe pejzaże zawsze były dla mnie wyłącznie przyprawą – wyrazistą, ale przyprawą – w blackgaze’owej zupie. Aż niespodziewanie – kiedy myślałem, że do black metalu nigdy nie wrócę – z „Lonely People with Power” Deafheaven zrozumieli już, jak powinna wyglądać złota proporcja w przypadku ich muzyki. Świetna płyta i czyste 10/10.
Maruja – Pain to Power
Wojtek trochę marudzi, że ta płyta została zrobiona na zaledwie kilku patentach, a o wokaliście – który został już przez wielu namaszczony na następcę Zacha de la Rochy (kiedy ta solówka na bitach El–P i DJ–a Shadowa, lamusie?!) – z płyty wiadomo w gruncie rzeczy niewiele. Ale nic nie poradzę, że kupuje mnie to post-punkowe brzmienie kierujące się miejscami mocno w stronę post-rocka, całościowa ekspresja, a te partie saksofonu dodają wszystkiemu smaku.
Quadeca – Vanisher, Horizon Scraper
Powiedziałbym z chęcią, że w życiu nie pomyślałbym, iż będę wystawiał wysoką ocenę facetowi, który swoją karierę zaczynał od bycia youtuberem, a jego początek kariery muzycznej to koślawe rapowe dissy nagrywane przez białego dzieciaka z przedmieść USA. Jesteśmy jednak 6 lat później, a Quadeca postanowił rzucić karierę bycia internetowym pośmiewiskiem w pełni na rzecz muzyki (to zupełnie tak jak Joji – ktoś coś?). I to bynajmniej nie takiej, która robi zawrotną karierę na playlistach Spotify. „Vanisher, Horizon Scraper” to album, który za nic ma sobie jakiekolwiek gatunkowe ograniczenia. Kiedy myślicie, że to eksperymentalny folk, nagle zaskoczy was numer w duchu JPEGMafii. Kiedy zbliżamy się do brzmień w stylu „Igora” Tylera, The Creatora, album potrafi skręcić w stronę post–rockowych kolosów. Dzieje się tu tyle, że Quadeca mógłby obdzielić swoimi pomysłami kilkanaście innych krążków, a i tak zostałoby coś dla niego.
Variete – Sieć Indry
Album do utożsamianka dla wszystkich, którzy mieszkają z dala od swoich rodzinnych stron. Nie było na polskim rynku bardziej literackiej płyty w 2025. Nie było też płyty, od której bije tak ogromny szacunek dla słowa. Tu absolutnie każde słowo jest potrzebne, wyraziste i nawet jeżeli nie jest osaczone przez milion znaczeń, to trudno nie docenić poetyckiego sznytu lidera Variete. „Nic nigdzie na mnie nie czeka – to, co pamiętam, już nie istnieje” z „Satelit” to najbardziej bolesny i życiowy wers, który trafił do moich uszu w minionym roku. Piszę tak, jakby nie chodziło tu o muzykę, a wpływy trip–hopowe, nu jazzowe czy downtempowe ustawiają tę płytę bardzo, bardzo wysoko w moim rankingu.
Clipse – Let God Sort Em Out
Tekst pisany przed ujawnieniem obecnoci Pusha T w aktach Epsteina.
Panowie Raperzy zbliżający się do pięćdziesiątki pokazują młodym szczylom, jak powinno się rapować, płynąć po bicie i emanować przy tym kosmiczną pewnością siebie. Linijek, które zapadają w pamięć jest tu od groma. Obawiałem się, czy po tylu latach Pusha T nie zdominuje Malice’a, ale obaj są w absolutnym peaku swoich umiejętności. Album w zasadzie bez żadnych wad i jak dla mnie najlepsze, co wyszło na rapowym poletku w 2025.
Stara Rzeka – Wynoś się z mojego domu
Taki rzut, który wbił się na sam koniec minionego roku, więc niecierpliwcy go pominęli. Kiedy wszyscy myśleli, że Stara Rzeka zakończyła swój żywot dekadę temu, Kuba Ziołek niespodziewanie postanowił zreaktywować ten projekt, ale zamienił stryjek psychodeliczny folk zmieszany z black metalem na… piosenki. Jest tu dużo eksperymentów, elektroniki, którą karmi nas w ostatnich latach chociażby Tim Hecker czy zgraja artystów z Warp Records, ale to w gruncie rzeczy rozśpiewana, pełna melodii (i świetnie napisana!) płyta. A kiedy rzuca w „Uśmiechu bez twarzy” wersy „czekam na głos, którym nie jesteś ty/Spokojnie spłoń i wynoś się z mojego domu” to mam autentyczne ciarki.
Kidd
Turnstile – NEVER ENOUGH
O taki pop walczyłem! Hardcorowa (?) kapela, którą kochają dzieciaczki i sir Elton John. Boys band (z dziewczyną w składzie) na miarę naszych czasów. I nie piszę tego ironicznie. Grają to w radiu dla teściów i jest OK. Koncerty dają super. Potrafią w piosenki. Miłe, emocjonalne i dające jakieś resztki nadziei.
Coast Contra – THE FIFTH
Co to za kolesie!? Zajebiste to jest! Świadome conscious (nie-woke) teksty, coś jak Brockhampton tylko o czymś. Dajcie całą płytę a nie EPki i single CHŁOPACZYNY.
Junes
Omasta – Jazz Report from the Hood
Pierwszy raz o tym krakowskim jazz bandzie usłyszałem jako o młodych jazzmanach grających bardzo hip-hopowy jazz, reinterpretujących bity Madliba czy J. Dilli. Była to rekomendacja od sprawdzonej osoby, więc jak tylko wyszła płyta, rzuciłem się od razu do odsłuchu. Tak się złożyło, że w 2025 roku bardzo mocno wszedłem w jazz i stał się on moim głównym słuchanym gatunkiem, a mam ewidentną słabość do etykietki „Polish Jazz” oraz do wszelkich mariaży pomiędzy hip-hopem a jego starszym bratem.
Album zaczyna się wspaniałym Cornerstone, gdzie od samego początku słychać niesamowitą kooperację obu instrumentów dętych – trąbki oraz saksofonu sopranowego. W tle słyszymy sekcję rytmiczną, która nadaje bardzo hip-hopowy groove, a wszystko to spinają harmonie grane na klawiszach przez Bruna, który jest również producentem hip-hopowym. I tak przez cały album: wszystko, co najlepsze w jazzie, oraz wszystko, co najlepsze w hip-hopie, spięte w jeden spójny projekt. Na szczęście bez raperów 🙂
TOP3 kawałków:
- „What’s the Point?,”
- „We Gonna Make It”,
- „Cornerstone”.
Evidence – Unlearning vol. 2
Jak na prawdziwego Polaka przystało, zawsze darzyłem Evidence’a wysoką estymą – od czasów „The Platform”, przez współprace (dwie!) z Kanye, aż po okres bycia „Weathermanem”. Gdy wychodziło „Unlearning”, jeszcze jako singiel, uderzył mnie głęboki smutek, na który wtedy w głowie nie miałem miejsca. Przykro się słuchało, że historia z Weather or Not skończyła się bez happy endu. I tak jakoś ominęła mnie pierwsza część tej dylogii.
Mam wrażenie, że na drugiej części smutek jest mniej wszechogarniający, a tekstowo wszystko dąży w stronę stoickiego optymizmu. Evidence po okresie bycia Mr. Slow Flow tudzież panem od pogody, stał się refleksyjnie nastawionym do świata człowiekiem, skupionym na tym, co w życiu najważniejsze – rodzinie i pasji. Wszystko to jest dowiezione na pięknie wysamplowanych bitach od m.in. Alchemista czy Conductora Williamsa, featy również dowożą. A samo „Unlearning Vol. 1” w retrospekcji – mocno zyskało.
TOP 3 kawałków:
- „Stay alive”,
- „Top seeded”,
- „Outta bounds”.
Freddie Gibbs & Alchemist – Alfredo 2
Kolejny sequel w mojej topce zeszłego roku – kolejny, moim zdaniem, lepszy od pierwszej części. Wiem, że to może zabrzmieć kontrowersyjnie, ale mam wrażenie, że dopiero na Alfredo 2 panowie doprowadzili swoje warsztaty do idealnej synergii. Bity płyną leniwie, sample są relatywnie długie, raczej melodyjne, co stanowi idealny krajobraz dźwiękowy, po którym porusza się Freddie. Raper rapuje jakby głośno myślał, przez co bywa często wulgarny, kontrowersyjny, a czasem zabawny — dodajmy do tego osadzenie w japońskiej estetyce i mamy płytę idealnie skrojoną na moje potrzeby.
Kawałki typu „Ensalada” z gościnnym udziałem Andersona .Paaka czy „Feeling” z Larrym Junem pokazują, że Freddie w dobrze dobranym duecie, na odpowiednim bicie Ala, jest w stanie wygenerować muzyczne doświadczenie najwyższego poziomu. A że brakuje bangerów i jest nieco jednostajnie? To pokazuje, że przed Alanem i Freddiem wciąż jest przestrzeń do stworzenia czegoś lepszego.
TOP 3 kawałków:
- „JeanClaude”,
- „I Still Love H.E.R.”,
- „Ensalada”.
PERSiL183
Blawan – SickElixir
Debiut długogrający – tak mówi sam artysta. Po dwudziestu latach na froncie sound designu, swingu, groove’u, repetytywności, niczym pierścienie Saturna lodowate skamieliny, brutalne beaty tu bardzo klarowne i piosenkowe!
The Bug vs Ghost Dubs – Implosion
Płyta wyszła pod koniec roku 2025 a i tak wybrzmiewała przez wiele godzin w mojej aplikacji. Sound systemowy dialog między londyńskimi dokami a hamownią w Stuttgarcie, pięknie lejące się tekstury z wielocalowych membran.
Curtisy – Beauty in the beast
Kultura irlandzka do jakiej mi najbliżej. Wspaniale zarapowana osiedlowa filozoferka. Melodia za melodią we flow Curtisy’ego. Dużo luzu i świeżości na samplingu, kreatywnym i wymyślonym na nowo poniekąd.
Errol Holden – Mulberry Silk Road
Reżyserka wysokich lotów, napięcie, dynamika, kontrapunkt; chłop, co przeżył, to ja nie chce wiedzieć, ale muszę sprawdzić z każdym kolejnym wydawnictwem. Linie z Tarapoto, o których tu tak mnogo, niczym linie kolejowe dizajnu Ernesta Malinowskiego za wysoko.
Starz Coleman – The Letter
Gdyby dyscyplina i konsekwencja miały być raperem, to nazywałyby się Starz Coleman. Sztywniutkie gówno, mega wrażliwość, jak to ma scena w New Jersey na równi z Lauryn Hill czy Redmanem. Słyszysz mruczenie welurowych dresów Tony’ego Soprano w każdym takcie.
Damian Kowal
Moje podsumowanie 2025 znaleźć możecie tutaj:
Chuquimamani–Condori & Joshua Chuquimia Crampton – Los Thuthanaka
Nie śledzę już nowych gatunków muzycznych z determinacją, którą miałem dziesięć lat temu; potrafiłem wtedy całe wieczory spędzać na blogspotach i portalach muzycznych, żeby tylko posłuchać czegoś nowego przed innymi (choć ścigałem się głównie sam ze sobą). Czasami jednak lubię zajrzeć, co tam nowego słychać i bardzo się cieszę, że drzewo z muzycznymi gatunkami wciąż wypuszcza nowe gałęzie.
Epic collage, bo tak taguje się najczęściej „Los Thuthanaka”, wywodzi się z decosntructed club (czyli muzyka klubowa, ale pocięta i poszarpana) i industrialu; w opisach określa się epic collage jako wypadkową różnego rodzaju elektronik, ale przetworzoną przez łatwy dostęp do muzycznego software’u i przebodźcowanie współczesnego Internetu. Co to znaczy? „Los Thuthanaka” jest szybkie, jest głośne, jest momentami głęboko smażone i trzaskające. Znaleźć tu można sample z andyjskiego folku, nagrań radiowych z Ameryki Południowej, gwizdy, reaggeton, post–rock, przesterowane gitary, tanie syntezatory i głosy ptaków. Jak to się wszystko łączy? Nie mam pojęcia, ale łączy się wyśmienicie.
Juana Molina – DOGA
Pochodząca z Buenos Aires Juana Molina od ponad trzech dekad mości się w rejonach określanych przez muzyczne serwisy jako ambient pop lub art pop, co oznacza, że nagrywa ona klasyczne piosenki ze zwrotkami i refrenami, ale wykorzystuje do tego rozbudowane instrumentarium i czerpie z różnych źródeł. „DOGA” obficie pije ze strumieni eksplorowanych przez múm, Kate Bush i chłodniejszych rejonów synth popu z lat 80., ale zdarzają się tu też elementy żywcem wyciągnięte z krautrocka czy amerykańskiego folku. Płyta jednocześnie zimna jak smagane antarktycznymi wiatrami i ciepła jak świeżo podany choripan z chimichurri.
V/A – Sequoia
Kilkugodzinny zbiór pierwszych wydawnictw takich klasyków szeroko pojętego midwest emo jak Unwound, Karate czy Everyone Asked About You, żeby wymienić tylko te najbardziej znane. Poziom tej kompilacji jest zróżnicowany, ale nie o to w niej chodzi, ponieważ jest to, jak zwięźle określił jeden z użytkowników RateYourMusic, list miłosny do emo z lat 90. XX wieku.
Potraktuję oba powyższe wspólnie – przetalenty. To nie są nowinki, ale ci panowie biorą jakieś z dupy dźwięki i przerabiają w taki vibe, że głupio przestać słuchać.Michał Tomasik
Kaelin Ellis – The Funk Will Prevail / The Kount; Kaelin Ellis – Vignette
Marina Tuset – Canto a la imaginacion / Marina Tuset – Alineada con la luna
Na szczęście nie rozumiem o czym śpiewa (coś tam sobie tłumaczyłem i bez rewelacji), ale śpiewa pięknie, piękne harmonie, jakieś dziwne niedoskonałości pozostawione w całej doskonałej produkcji wokali i podkładów dodają autentyczności. Cudo!
Solomon Fox – speedrun
Typek od śmiesznych tiktoków o produkcji pokazuje, że wie co mówi.
Tomek Bent – Kot w bitach Vol. 1
Zdanie lub więcej.
Megra – 1:M
Crispy d’n’b, świetne zabawy przestrzenią. Pierwsze odsłuchy dawały co chwilę uśmiech, kolejne podtrzymywały dobry nastrój.
4resh we7akecare x Qzyn – pidżyn
No kurwa. Niby niedoskonały, a piękny – totalnie jak Forest Whitaker. Przewózka, styl, charyzma, nawet przy dramatycznych tematach. Qzyn zrobił piękny klimat, rozbujał płytę. Goście świetni.
Camilo Sanabria & Juancho Valencia – Cien Años de Soledad (Banda Sonora de la Serie de Netflix)
Miód na uszy i duszę.
Wyraz
Slick Rick – Victory
Nieszczęście współczesności polega na tym, że bez problemu można sprawdzić, czego najczęściej się słuchało w danym roku. Słusznie więc padło na najlepszy produkt z Mass Appeal Records w 2025. Krótka, zróżnicowana forma, przekrojowy Slick. Najlepsze taneczne rzeczy: „Cuz I’m here”, „Come On Lets Go”.
Makaya McCraven – Off The Record
Zbiór klasyków w jednym. Wspaniałe wszystko, bez słabego momentu. Jeden album, który służy ci wszędzie. Na spacerku, jak oglądam cudze pieski, jak biegam i jak nic nie robię. Fragmenty z Ben LenMar Gay i Theon Cross najlepsze!
Matthew Halsall – Bright Sparkling Light EP
Włączam wieczorem przed spaniem w ramach codziennych praktyk relaksacyjnych. Polecam.
Fisz Emade Tworzywo – 25
Dam coś z Polski. Wyjątkowo niewkurwiający Fisz i doskonały Emade (top!). Gdyby udało się przeprowadzić proces likwidacji maniery u wokalisty (to jakieś symboliczne, tylko po co?) mielibyśmy projekt na skalę światową. Rapowany „Spływacz” mądry, prawdziwy i życiowy.
Veron
Tyler, the Creator – Don’t Tap the Glass
„Bastard” to była płyta, która w mojej opinii wprowadziła nowy kierunek w rapie i swego czasu byłem jednym z ultrasów OFWGKTA. Od tego czasu regularnie sprawdzam wszystko od Tylera. Raper w swoim stylu bardzo dużo eksperymentuje poruszając się na szerokim wachlarzu wiodącym od surowego techno kończąc na funkowych wstawkach.
P.S. Jeśli chcesz zobaczyć wspomnianych wyżej Clipsów, polecam teledysk do utworu „Stop Playing with Me”.
De La Soul – Cabin in the Sky
Ten album polecił mi Kidd (pozdrawiam Kidda, ale Elbląg szkole!). Świetny album, stara sprawdzona forma w nowym wydaniu. W mojej nomenklaturze – odkurzony true school. Dodatkowo bardzo dobrze poprowadzony album i świetni goście. Run it back!!!
Little Simz – Lotus
Jeśli cały czas masz wątpliwości czy na scenie jest miejsce na kobiecy rap, proponuję posłuchać Little Simz i zapraszam do dyskusji.
susk
Paweł Bokun – PAWEŁ
Paweł jest mistrzem gry z formą i treścią. Jako Bocconi jest najlepszym rapowym jajcarzem w Polsce, jako Bokun jest najcięższym mistrzem smutnego słowa, nawet kiedy skręca czasem w formę typu funny funky.
Little Simz – Lotus
Królowa może wydać płytę, która nie jest najlepszą w jej dorobku, a i tak będzie momentem roku.
Lil Piotruź & Buch–fi – Kolejna Płytka vol. 1
Niepretensjonalny rapowy fun I humor w czystej postaci.